# 147
Niby te wakacje tak odległe już (jakie wakacje... teraz to ja miewam urlopy!), a patrząc na moje osiedle od powrotu z Turcji, nie mogę wyjść z podziwu, jak długo nie zauważałam - czy też nie dopuszczałam do siebie myśli o niezmiernej brzydocie tego mojego miejsca zamieszkania.
Nie żeby w tej Turcji jakieś luksusy rajskie i szok kulturowy, że się niby nie mogę otrząsnąć; gdzie bym nie była, zawsze w ostatnich dniach już tęsknię. Tu raczej mam na myśli fakt, że jakoś inaczej spojrzałam na to, jak straszne to moje osiedle jest i dobrze, że tak późno, bo mi teraz mniej przyjemnie tu mieszkać.
Osiedle drechów, osiedle frustratów, alkoholików, tak to mniej więcej wygląda. I osiedle dzieci tychże frustratów, latających bez celu, drących się jak hordy bezpańskich psów, latają tak bez celu i patrzą co by tu spieprzyć, co by obsikać. W jaki sposób spieprzyć, żeby oznaczyć swoją terytorialną przynależność. I dobrze zarząd osiedla czyli tak zwana wszechwładna administracja robi, że ...nic nie robi. Sama też nie pakowałabym środków w coś, co te środki bezzwrotnie pożera. Nowa winda? Na drugi dzień pomalują markerami, stłuką lustro i podpalą przyciski. Malowanie? Wolne żarty. Domofon? Wyrwą, skopią.
Ja nie znaju, tak srać we własne gniazdko, czy to jest fajne? Dobre to jest?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz